O tym jak szukałam pierwszej pracy

Na początek spoiler: swoją pierwszą pracę jako junior znalazłam po 4 tygodniach poszukiwań. Zaczęłam pracować w firmie, która nie miała otwartej rekrutacji na moje stanowisko, nie aplikowałam do nich bezpośrednio, sami do mnie zadzwonili i zaprosili mnie na rozmowę rekrutacyjną. Przez ten miesiąc poszukiwań uczestniczyłam w kilku procesach rekrutacyjnych, a już po zatrudnieniu nadal dzwoniły do mnie działy rekrutacji firm, do których aplikowałam. Czary i magia? Nie do końca.

Urlop rodzicielski i co dalej?

Podczas trwania trzeciej edycji programu mentoringowego Learn IT, Girl, w którym brałam udział jako JavaScript mentee, czułam coraz większą presję związaną z koniecznością podjęcia poszukiwań pierwszej pracy. Mentoring oraz praca nad projektem były zaplanowane do końca stycznia, tymczasem mój urlop rodzicielski kończył się na początku marca. Miałam zatem miesiąc żeby znaleźć nowego pracodawcę.

Wydawało mi się niezwykle mało realne, żeby mój plan zakończył się sukcesem. Nie miałam ani grama doświadczenia komercyjnego w charakterze programistki, nie byłam częścią żadnego projektu open source, nie miałam też wykształcenia choćby zbliżonego do nauk ścisłych. Udział w takich inicjatywach jak warsztaty z VueJS czy ngGirls uświadamiały mi jak niewiele rozumiem i ile mam jeszcze do nadrobienia.

Nie miałam jednak zamiaru się poddawać. Najgorszy scenariusz zakładał, że nie znajdę pracy ani stażu przez ten miesiąc, od marca nadal będę marketingowcem na uczelni i będę kontynuować poszukiwania posady programistki. Nie byłoby w tym żadnej tragedii, szczególnie że lubiłam swoje dotychczasowe zajęcie. Jednak podjęcie pewnych kroków zadecydowało o tym, że już w marcu pożegnałam się że starą firmą.

  1. Praca nad CV
    Styczeń był ostatnim miesiącem trwania projektu mentoringowego oraz pisania aplikacji portfolio. Dla mnie był też okresem wytężonej pracy nad programistycznym CV. Podeszłam do sprawy bardzo poważnie, wiedziałam że muszę się wyróżnić ale też nie przesadzić z kreatywnością. Najpierw starannie wybrałam layout swojego życiorysu, przejrzałam w tym celu kilkadziesiąt różnych wzorów. Ostatecznie na bazie jednego z szablonów wykonałam własny dokument (doświadczenie dziennikarskie w składzie DTP na coś się przydało 😉 ).
    Co do zawartości merytorycznej CV postanowiłam, że najbardziej eksponowaną częścią będzie sekcja z projektami. Zamieściłam linki do demówek oraz repozytoriów z kodem (można to zrobić elegancko w pdfach). Dodałam też ikony symbolizujące wykorzystane technologie. Doświadczenie zawodowe obcięłam do tych najbardziej znaczących etatów, podobnie nie rozwodziłam się szczegółowo nad wykształceniem. W sekcji z kompetencjami poza twardymi skillami wymieniłam również te miękkie, w których czuję się niezła.
    Bardzo istotne dla mnie (i dla rekruterów) było podsumowanie zawodowe. W trzech zdaniach (dosłownie!) napisałam czego szukam, co mnie interesuje i o co mi w ogóle chodzi. Żeby jeszcze bardziej podkreślić moje zaangażowanie zamieściłam informacje o warsztatach i szkoleniach w jakich wzięłam udział.
    Swoje CV przygotowałam w języku polskim oraz angielskim i raczej wysyłałam to drugie, a już szczególnie kiedy ogłoszenie, na które aplikowałam było sformułowane w tym języku.
    Oczywiście bardzo istotne było zawarcie klauzuli zgodnej z RODO oraz profesjonalna fotografia.



  2. Aplikowanie na oferty pracy
    Kiedy CV było gotowe a mój największy projekt nadawał się, żeby pokazać go światu przeszłam do aplikowania na oferty pracy. Okazało się, że tych ofert wcale nie było dużo, znalazłam zaledwie kilka w całej Łodzi, a wcale nie ograniczałam się do poszukiwań na największych serwisach rekrutacyjnych. Często w tym miejscu proces się kończył, ponieważ dostawałam odpowiedź, że nie spełniam wymagań (np. odbytego stażu czy kilku miesięcy doświadczenia), albo nie dostawałam żadnej informacji zwrotnej (najczęściej). Zdarzało mi się jednak aplikować na ogłoszenia, w których poszukiwany był regular developer a firmy odzywały się i zapraszały do procesu rekrutacyjnego na juniora. To przekonało mnie, że warto aplikować także tam, gdzie nie ma otwartej rekrutacji na moje stanowisko.

  3. Aplikowanie “w ciemno”
    Po pierwszym tygodniu byłam uzbrojona w Excela, gdzie rozpisane były dokładnie wszystkie moje procesy (screenshoty lub linki do ogłoszeń, nazwisko osoby kontaktowej, adres mailowy, nr telefonu, daty kontaktów, notatki z rozmów). Zaczęłam do tej listy firm dopisywać inne, korporacje i software house’y, do których wysyłałam wiadomości na adresy rekrutacyjne. Po tygodniu miałam już bazę prawie osiemdziesięciu firm, do których wysłałam lub planowałam wysłać swoje dokumenty.
    Oczywiście w mailu nie pisałam, że aplikuję na jakieś ogłoszenie, moja wiadomość wyglądała następująco:
    “Szanowni Państwo,
    jestem początkującą, ale bardzo ambitną i pracowitą front-end developerką. Wykonałam kilka pierwszych projektów i obecnie szukam stażu lub pracy w charakterze juniora.
    Z radością spotkam się z Państwem podczas rozmowy.
    Link do mojego portfolio:
     https://arleta-jedrzejczak.github.io/Memory
    W załączeniu do wiadomości przesyłam CV.”



  4. CV w miejscach nieoczywistych
    Przed podjęciem pierwszej pracy znałam bardzo niewielu programistów i programistek z Łodzi, a małe dziecko nie sprzyjało uczestnictwu w spotkaniach networkingowych. Nie miałam zatem znajomości w firmach, które programistów rekrutują. Wobec tego szukałam miejsc w internecie, gdzie tacy programiści i rekruterzy z mojego miasta mogą się znaleźć. W taki sposób trafiłam na łódzkiego IT Slacka. Na kanale poświęconym pracy wrzuciłam swoje CV i parę słów o sobie. Dostałam kilka wiadomości oraz magiczny telefon z zaproszeniem na rozmowę rekrutacyjną, która zakończyła się zatrudnieniem.

  5. Zadania rekrutacyjne
    Często firmy, które poszukują kandydatów do pracy przesyłają do zrobienia zadanie rekrutacyjne. Zdarza się, że są malutkie ćwiczenia, ale ja trafiałam raczej na czasochłonne i pracochłonne projekty. Dostawałam do nich listę wymagań, które musiałam uwzględnić. Często bywało tak, że nie znałam technologii, którą miałam się posłużyć. Pomimo tego podejmowałam wyzwanie i wykonywałam zadania najlepiej jak umiałam. Nierzadko dostawałam potem informację zwrotną co powinnam poprawić, a przecież to wiedza na wagę złota!
    Raz jedyny podziękowałam na zadanie bez zabrania się za rozwiązanie. Wymagania były wtedy dla mnie bardzo wygórowane a deadline zupełnie nierealny.
    Zdarza się też, że rekruterzy zapraszają kandydatów do uzupełnienia testu wiedzy i umiejętności, np. na HackerRank. Wypełniłam kilka takich testów, raczej ich wtedy nie zaliczyłam ale moje doświadczenie jest dla mnie bezcenne 🙂

  6. Rozmowy rekrutacyjne
    Temu tematowi poświęcony będzie cały kolejny wpis, tutaj muszę tylko zaznaczyć, że na każdą taką rozmowę szłam starannie przygotowana. Czytałam informacje o firmie i jej klientach, orientowałam się czy firma się zajmuje, jaka jest jej kultura organizacyjna, kogo zatrudnia, kogo poszukuje, etc.
    Na rozmowy przychodziłam ubrana z reguły na luzie, ale w casualowej marynarce, którą w razie potrzeby zawsze można było zdjąć. Zawsze miałam też przy sobie kolorowy wydruk swojego CV (na wszelki wypadek).

  7. Przyjmowanie feedbacku
    Dla nikogo pewnie nie jest niespodzianką, że 99% wiadomości zwrotnych od firm brzmiało: “Dziękujemy za udział w rekrutacji, ale Pani nie zatrudnimy“. W tej sytuacji zawsze serdecznie dziękowałam za poświęcony czas i merytoryczny feedback (jeśli taki był). Wbrew pozorom świat IT jest dość mały i istnieje spore prawdopodobieństwo, że jeszcze będę miała z tymi ludźmi do czynienia. Z tego samego powodu zawsze odpowiadam na wiadomości wysyłane do mnie np. przez LinkedIn.

  8. Podziękowania dla “spóźnialskich”
    Zdarzało się (nierzadko), że na moje aplikacje firmy odpowiadały po kilku tygodniach lub miesiącach. O ile nie świadczy to najlepiej o zorganizowaniu działu rekrutacji, o tyle moja odpowiedź na kontakt zawsze świadczyła o tym, że potrafię kulturalnie się porozumiewać 😉

Podsumowanie

Tak z grubsza prezentowały się moje procesy rekrutacyjne. Jestem w pełni świadoma, że na powodzenie mojego planu poza moją ciężką pracą i przygotowaniem, złożyło się kilka bardzo fortunnych zbiegów okoliczności. Jednak tak samo, jak mam 100% pewności, że nie wygram w konkursie, w którym nie wezmę udziału, tak samo miałam przeświadczenie, że nie dostanę pracy w firmie, która nie wie, że tej pracy szukam, a najgorszy możliwy scenariusz to brak zatrudnienia.

Oczywiście obawiałam się wyśmiania albo innego upokorzenia, ale przecież nie chciałabym pracować w firmie, w której upokarza się kandydatów. Na szczęście nic z tych rzeczy nigdy nie miało miejsca, wszystkie procesy rekrutacyjne przed podjęciem pierwszej pracy były albo bardzo miłe albo przynajmniej poprawne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *